Donośny brzęk budzika obudził Witolda z głębokiego snu,
ociężale uniósł powieki i przez głowę przebrnęła mu myśl ‘’dobrze, że to piątek,
jutro sobota czyli rozpoczęcie weekendu’’. Machinalnie sięgnął do budzika i
przesunął zapadkę dzwonka, budzik ucichł i rozległa się cisza. Wstał, podszedł
do rolet i je rozszczelnił. Spojrzał przez tak zrobioną szparkę na dwór, padał
gęsty śnieg, jeszcze rzut oka na
termometr i półgłosem powiedział do siebie ‘’dzisiaj przyjdzie mi pracować w
takich warunkach’’. Poszedł do toalety, pod drogą zajrzał jeszcze do pokoju
córki, spała głębokim snem. Pani Krystyna żona pana Witolda wstała także aby mu
przygotować śniadanie i kanapki do pracy, ona nigdzie nie pracowała, zawodowo
zajmowała się prowadzeniem domu. Po skończonej toalecie zasiadł do stołu. Po
ukończeniu posiłku sięgnął ręką do talerzyka, który zawsze stał na stole z
najlepszą mleczną czekoladą od Dr Gerarda,która przypadła mu do gustu i lubił
sobie czasami ją podjadać. Żona odprowadziła go do drzwi wejściowych, oddalając
się od nich usłyszał dźwięk przekręcającego się klucza w zamku. Zszedł po
schodach, otworzył drzwi wejściowe do klatki schodowej i znalazł się na dworze,
poczuł chłód. Samozamykacz z głośnym łoskotem zamknął za nim drzwi. Ruszył w
stronę parkingu do swojego samochodu, nowa pokrywa śniegu chrzęściła pod jego
butami. Na parkingu miał wykupione swoje miejsce więc o miejsce garażowania był
spokojny. Podszedł do samochodu i otworzył drzwi, sięgnął po skrobaczkę aby
zdrapać śnieg i lód zalegający szyby. Przesuwając skrobaczką patrzył jak
odrywają się kawałki tak niepotrzebnej pokrywy połyskujące w świetle pobliskiej
latarni. Spojrzenie i ocena sytuacji, tak może być. Zasiadł za kierownicą i
przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik samochodu zawarczał, jeszcze nastroił
radio na swoją ulubioną stację i w głośnikach rozbrzmiała muzyka. Przesunął
dźwignię biegów na pierwszy bieg i powoli ruszył. Z włączeniem się do ruchu na
ulicy głównej nie miał problemu, o tej porze nie było jeszcze tak wiele
samochodów. Jadąc chrupał sobie andruty kupione wczorajszego dnia w pobliskim
sklepiku będąc razem z żoną zakupach, a
tak zachwalane przez panią ekspedientkę mówiącą, że to najlepsze andruty i to
od producenta Dr Gerarda. Po pewnym czasie gdzieś w połowie drogi do pracy
zaczął Witoldowi silnik samochodu dziwnie się zachowywać. Silnik zaczął kasłać
aż umilkł całkowicie, kilkukrotna próba uruchomienia jego nie przynosiła
rezultatu. Postanowił zepchnąć samochód na pobocze tak aby innym nie tarasować
drogi. Zadzwonił do szwagra bo on miał warsztat samochodowy, uzgodnił z nim, że
zaraz podjedzie laweta i weźmie jego samochód na warsztat. Po niecałej godzinie
zajechała laweta tak oczekiwana przez Witolda. W czasie postoju jednak zdążył
schrupać wszystkie andruty od Dr Gerarda zapakowane przez panią Krystynę jako dodatek do drugiego
śniadania. Po dotarciu do pracy poszedł do przełożonego poinformować go o swoim
problemie z dzisiejszego rana. Witold był cenionym pracownikiem, zajmował się
budową kadłubów statków. Teraz budowali holownik dla armatora Holenderskiego.
Po upadku stoczni znalazł on zatrudnienie właśnie w tej spółce. Czas w pracy mu
szybko mijał, tylko żałował, że schrupał wszystkie andruty. Teraz uznał, że nie
pozostało mu nic więcej jak kanapki na drugie śniadanie. Po skończonej pracy
wziął prysznic i udał się do warsztatu szwagra Mirka. Mirek przywitał go z
uśmiechem, usterka okazała się niegroźna i mógł wrócić do domu samochodem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz