To był trzeci dzień naszego
pobytu w Warszawie. Przyjechaliśmy jak już wcześniej pisałam razem z mężem i
moimi bratanicami: Martą i Olą. Jako pierwsza obudziła się Marta, która jest
naszym skowronkiem, zazwyczaj wstaje przed nami. Pobiegła swoim zwyczajem do
kuchni i tam zaczęła się krzątać, przy okazji celowo hałasując. Chciała w ten
sposób postawić nas na nogi i miała rację, szkoda czasu na spanie. Wstałam i
niemrawo poszłam do kuchni. Martusia akurat smażyła jajecznicę dla nas na
śniadanie, ja natomiast szybko nastawiłam wodę na kawę. Chociaż cały czas
czułam się mega zaspana, pomogłam bratanicy w przygotowaniu śniadania. Zanim
woda na kawę zagotowała się, stół był nakryty. Pozostała część towarzystwa
również wstała, wabiona zapachami z nakrytego stołu. Zjedliśmy i popijając kawę,
a dziewczyny kakao rozmawialiśmy o planach na dzisiejszy dzień. Ola w
międzyczasie pobiegła do kuchni i po chwili przyniosła moje ulubione, najlepsze
biszkopciki Jaśki morelowe od Dr Gerarda. Nic zresztą dziwnego, to są
najsmaczniejsze biszkopty zdaniem obu dziewcząt. Mój mąż też za nimi przepada,
także po chwili znikło całe opakowanie. Po pożywnym śniadaniu i kawie bez
ociągania się ruszyliśmy na miasto. Naszym celem była galeria handlowa. Gdy
dotarliśmy do galerii, ja i mój mąż chcieliśmy dać trochę luzu i dziewczynom i
nam. Rozdzieliliśmy się by po trzech godzinach spotkać się w umówionym miejscu.
Nim zdążyłam dokończyć zdanie spostrzegłam, że dziewczyn już nie ma obok mnie.
Biorąc przykład z młodzieży ruszyliśmy na zakupy. Mąż chciał kupić dżinsową
koszulę i saszetkę na dokumenty, ja natomiast wymarzyłam zakup letniej
dżinsowej kurteczki. Ta, którą miałam do
tych czas trochę się zniszczyła, ponieważ towarzyszyła mi wszędzie przez całe
lato, trzeci już rok. Wchodziliśmy do kolejnych sieciówek, kolejnych butików i
nasze poszukiwania nie przynosiły żadnych rezultatów. Niby wszystkiego dużo a
nic nam się nie podobało. Zmęczeni wstąpiliśmy do kawiarenki na kawę, żeby
troszkę odpocząć i nabrać sił na dalszy etap zakupowych poszukiwań. Oboje
zamówiliśmy kawę z mlekiem, a do kawy dostaliśmy gratisowo po jednej niezwykle
delikatnej rurce waflowej z puszystym kremem śmietankowym. Cóż to były za
rurki, najlepsze rurki waflowe jakie jadłam. Z ciekawości zapytałam kelnerkę o
producenta. Kelnerka powiedziała, że za momencik do nas wróci i po chwili
pojawiła się z opakowaniem po rurkach, na którym widniał napis: Rurka
śmietankowa. Bez trudu odczytałam również czerwono-białe logo producenta. Był
nim dobrze dla mnie znany z innych przepysznych wyrobów cukierniczych Dr Gerard. Po wyjściu z kawiarni
postanowiliśmy poszukać w centrum handlowym jakiegoś sklepu spożywczego, by
nabyć przed chwilą skosztowanych rurek waflowych. Dziewczyn z pewnością ucieszyłby
tak wyśmienity deser po wyczerpujących zakupowych szaleństwach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz