Wcześnie
rano obudził nas sygnał budzika. Była chyba godzina czwarta trzydzieści.
Szybciutko uporaliśmy się z poranną toaletą, ubraliśmy się, spakowaliśmy
wczoraj zakupione najlepsze andruty i inne pyszne wyroby od Dr Gerarda i po
zdaniu kluczy na portierni wyszliśmy na ulicę. Było jeszcze ciemno. Śpieszyliśmy na umówione miejsce, gdzie mieli
czekać pozostali członkowie naszej wielkiej wyprawy. Byłam zaskoczona ilością
mijanych przechodniów tak wczesną porą. Kraków
porankiem miał jakąś inną atmosferę niż wieczorem i za dnia. Było w nim
coś niesamowitego, nierealistycznego. Mnóstwo świetlnych ulicznych iluminacji, a
na niebie rysujący się brzask w połączeniu z wiekowymi kamieniczkami dawało
wrażenie bajkowej ilustracji. Cały efekt podkręcała jeszcze przepiękna pogoda.
Czułam się cudownie. Całą sobą chłonęłam tę wyjątkową atmosferę, starając się
ją zapisać w pamięci. Dotarliśmy do Kościoła Mariackiego. Wycieczkowicze
czekali już na nas. Powitali nas serdecznie z uśmiechem na twarzach. Wyczułam w
nich takie samo podekscytowanie jak u mnie. Wszyscy byliśmy w wybornych
nastrojach, zwłaszcza bratanice Marta i Ola cieszyły się ogromnie mimo
zmęczenia kilkunastu godzinną podróżą. To miała być ich pierwsza zagraniczna
wycieczka, którą poprzedzały wielomiesięczne przygotowania. Brat i bratowa
również tryskali energią. Weszliśmy na chwilę do Kościoła Mariackiego pomodlić
się o szczęśliwy lot. W środku panował półmrok i chłód i trochę ciężka,
majestatyczna atmosfera historycznego wnętrza. Wyszliśmy. Był już najwyższy
czas jechać na lotnisko. Pojechaliśmy tam komunikacją miejską. Po upływie około
godziny dotarliśmy na Lotnisko Balice. Mieliśmy trochę czasu przed
odprawą. Gdy chwilę posiedziałam
poczułam ssanie w żołądku, co mnie uświadomiło, że nie jadłam śniadania.
Wyciągnęłam z plecaka drożdżówki kupione wczoraj i poczęstowałam wszystkich.
Dziewczynki z podenerwowania perspektywą lotu nie mogły nic przełknąć.
Otworzyłam paczkę najsmaczniejszych czekoladek na kruchym ciasteczku wypełnionych
puszystym kremem kokosowym o nazwie Pasja Kokos z nadzieją, że tym przekonam je
do zjedzenia czegokolwiek. Poskutkowało. W mgnieniu oka znikła cała zawartość
opakowania. Bratowej tak posmakowały te czekoladki, że koniecznie chciała znać
nazwę producenta. Pokazałam opakowanie, na którym widniało sympatyczne,
czerwone logo Dr Gerard. Chciałam wyciągnąć jeszcze inną słodycz z plecaka ale
brat zasugerował byśmy poszli do odprawy. Po przejściu kilku bramek i całej
procedury lotniczej mieliśmy znów czas na słodką degustację wyrobów
cukierniczych Dr Gerarda. Tym razem zaproponowałam rodzinie najlepszą rurkę
waflową pod słońcem, jak się okazało. Wszyscy się nią zachwycili. Ten specjał
nosi nazwę Rurka śmietankowa z racji, że jest wypełniony puszystym kremem śmietankowym.
Polecam spróbowania. Mieliśmy jeszcze czas na odwiedzenie bezcłowej perfumerii
i tak upłynął nam czas oczekiwania przed wejściem na pokład samolotu. Wspaniałe
przeżycie szczególnie dla dziewczyn, dla których był to pierwszy lot w życiu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz