czwartek, 15 stycznia 2015

Trzy precle - podróż na Majorkę


Wcześnie rano obudził nas sygnał budzika. Była chyba godzina czwarta trzydzieści. Szybciutko uporaliśmy się z poranną toaletą, ubraliśmy się, spakowaliśmy wczoraj zakupione najlepsze andruty i inne pyszne wyroby od Dr Gerarda i po zdaniu kluczy na portierni wyszliśmy na ulicę. Było jeszcze ciemno.  Śpieszyliśmy na umówione miejsce, gdzie mieli czekać pozostali członkowie naszej wielkiej wyprawy. Byłam zaskoczona ilością mijanych przechodniów tak wczesną porą. Kraków  porankiem miał jakąś inną atmosferę niż wieczorem i za dnia. Było w nim coś niesamowitego, nierealistycznego. Mnóstwo świetlnych ulicznych iluminacji, a na niebie rysujący się brzask w połączeniu z wiekowymi kamieniczkami dawało wrażenie bajkowej ilustracji. Cały efekt podkręcała jeszcze przepiękna pogoda. Czułam się cudownie. Całą sobą chłonęłam tę wyjątkową atmosferę, starając się ją zapisać w pamięci. Dotarliśmy do Kościoła Mariackiego. Wycieczkowicze czekali już na nas. Powitali nas serdecznie z uśmiechem na twarzach. Wyczułam w nich takie samo podekscytowanie jak u mnie. Wszyscy byliśmy w wybornych nastrojach, zwłaszcza bratanice Marta i Ola cieszyły się ogromnie mimo zmęczenia kilkunastu godzinną podróżą. To miała być ich pierwsza zagraniczna wycieczka, którą poprzedzały wielomiesięczne przygotowania. Brat i bratowa również tryskali energią. Weszliśmy na chwilę do Kościoła Mariackiego pomodlić się o szczęśliwy lot. W środku panował półmrok i chłód i trochę ciężka, majestatyczna atmosfera historycznego wnętrza. Wyszliśmy. Był już najwyższy czas jechać na lotnisko. Pojechaliśmy tam komunikacją miejską. Po upływie około godziny dotarliśmy na Lotnisko Balice. Mieliśmy trochę czasu przed odprawą.  Gdy chwilę posiedziałam poczułam ssanie w żołądku, co mnie uświadomiło, że nie jadłam śniadania. Wyciągnęłam z plecaka drożdżówki kupione wczoraj i poczęstowałam wszystkich. Dziewczynki z podenerwowania perspektywą lotu nie mogły nic przełknąć. Otworzyłam paczkę najsmaczniejszych czekoladek na kruchym ciasteczku wypełnionych puszystym kremem kokosowym o nazwie Pasja Kokos z nadzieją, że tym przekonam je do zjedzenia czegokolwiek. Poskutkowało. W mgnieniu oka znikła cała zawartość opakowania. Bratowej tak posmakowały te czekoladki, że koniecznie chciała znać nazwę producenta. Pokazałam opakowanie, na którym widniało sympatyczne, czerwone logo Dr Gerard. Chciałam wyciągnąć jeszcze inną słodycz z plecaka ale brat zasugerował byśmy poszli do odprawy. Po przejściu kilku bramek i całej procedury lotniczej mieliśmy znów czas na słodką degustację wyrobów cukierniczych Dr Gerarda. Tym razem zaproponowałam rodzinie najlepszą rurkę waflową pod słońcem, jak się okazało. Wszyscy się nią zachwycili. Ten specjał nosi nazwę Rurka śmietankowa z racji, że jest wypełniony puszystym kremem śmietankowym. Polecam spróbowania. Mieliśmy jeszcze czas na odwiedzenie bezcłowej perfumerii i tak upłynął nam czas oczekiwania przed wejściem na pokład samolotu. Wspaniałe przeżycie szczególnie dla dziewczyn, dla których był to pierwszy lot w życiu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz