Oboje z mężem uwielbiamy długie letnie
spacery. Lato jest według mnie najbardziej odpowiednim okresem na wszelkiego
rodzaju wycieczki, wypady i wędrówki. Wówczas jest z reguły ciepło, pogoda jest
ustabilizowana a ewentualne opady można przewidzieć. Taki już jest schemat
mojego myślenia, co często bywa dla mnie zgubne. Nawet urwanie chmury bez
możliwości schronienia, chyba już nie zmieni mnie w tej kwestii. Tak było i tym
razem. Sierpniowe popołudnie, przepiękna pogoda, ani jednej chmurki na niebie.
Postanowiliśmy skorzystać z sprzyjającej aury i wybrać się na spacer po
starówce. Co prawda w telewizji ostrzegano przed gwałtownymi burzami. Mąż się
trochę wahał. Ale co tam, w żadnym wypadku u nas nie będzie padać - stwierdziłam
i poszliśmy. Starannie przygotowałam się do tego wyjścia. Włożyłam ubranie w
stylu sportowej elegancji. To strój i wygodny i młodzieżowy i za razem kobiecy.
Czułam się wybornie w takim zestawie. Przeszliśmy pieszo całą trasę aż do
starówki, aby przedłużyć przyjemny spacerek. Po drodze wstąpiliśmy do mijanego
sklepu spożywczego po coś słodkiego dla teściowej, zgodnie z jej prośbą.
Szybciutko złapałam jakąś słodycz ze sklepowego regału. Później się dopiero
okazało, że mój wybór był jak najbardziej trafny. To były najlepsze andruty
jakie do tej pory jadłam. Od tamtego dnia zawsze kupuję te same Andruty z
mleczną czekoladą od Dr Gerarda. Mimo, że próbowałam wiele innych dostępnych na
rynku, wciąż pozostaję wierna temu produktowi. Po jakimś czasie odkryłam, że
jest jeszcze pośród zróżnicowanego asortymentu produktów Dr Gerarda kokosowy
odpowiednik tamtych wcześniej spróbowanych: Andruty kokosowe z białą czekoladą
- przepyszne. Wracając do naszej wyprawy, to w końcu dotarliśmy do starówki.
Weszliśmy do naszej ulubionej kawiarenki na pyszne lody. Czas nam płynął
przyjemnie. Gdy tylko wyszliśmy, zauważyłam nadciągającą czarną chmurę tuż nad
dachami kamieniczek. Chmura wyglądała bardzo groźnie. Ten efekt potęgował
kontrast ze słonecznym pogodnym niebem, które niezwykle szybko ustępowało
burzowej chmurze. Wiedzieliśmy, że nie mamy szans wrócić do domu przed
deszczem. Na domiar złego akurat nie było żadnego autobusu powrotnego. Mogliśmy
tylko przeczekać burzę. Skryliśmy się jak inni ludzie pod podcieniami
okalającymi Rynek Wielki Starego Miasta i czekaliśmy na opad. Nie trwało to
długo. Już po chwili z ogromnym hukiem zadudnił o kostkę brukową ulewny deszcz.
Niebo w całości zaciągnęło się chmurami. W efekcie zrobiło się bardzo ponuro i
chłodno. Drżałam stojąc w moim cienkim ubranku. Dla pokrzepienia mąż wyciągnął
z siatki przeznaczone dla jego mamy najsmaczniejsze andruty od Dr Gerarda
przełożone kremem z dodatkiem najlepszej mlecznej czekolady. Ten rarytas jadłam
wtedy po raz pierwszy. Od razu zrobiło mi się cieplej. Chrupiąc stałam i
patrzyłam jak rynkowy plac pokrywa się wodą. W rozedrganych kałużach odbijało
się jak w ruchomej tafli lustra tajemnicze ołowiane niebo. Zapragnęłam uchwycić
ten moment, przynajmniej zapamiętać to wrażenie pełne grozy, aby kiedyś w
przyszłości oddać je na płótnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz