Następnego dnia wczesnym rankiem
spotkaliśmy się całą grupą w umówionym miejscu na hotelowym hollu przy
recepcji. Miało nas jechać ośmioro ale jedna osoba wykruszyła się z przyczyn
niezależnych od niej. Na drogę dostaliśmy prowiant i wyruszyliśmy. W
początkowym etapie podróży jechaliśmy autobusem komunikacji miejskiej. Po
przyjeździe na Dworzec Wschodni mieliśmy jakieś pół godziny na przesiadkę.
Wykorzystaliśmy z mężem ten czas na zakupy w sklepie spożywczym. Uzupełniliśmy
nasz prowiant w znakomite wyroby cukiernicze od Dr Gerarda. Tego ranka miałam
chęć na najlepsze herbatniki z bogatego asortymentu od wspomnianego producenta.
Po przyjściu na peron nie czekaliśmy zbyt długo na nasz pociąg. Kiedy
wsiedliśmy było początkowo trochę zamieszania ze znalezieniem właściwych
miejsc. Nasz kolega Maciek pomylił bilety, odczytując numerki miejscówek z
biletów powrotnych. Przez chwilę myśleliśmy, że na nasze miejsca ktoś jeszcze ma
wykupione miejscówki. Na szczęście spór szybko został zażegnany, bo po chwili
odkryto zaistniałą pomyłkę. Gdy w końcu odnaleźliśmy nasze miejsca okazało się,
że miłym trafem są one poczwórne, zatem mogliśmy siedzieć z naszymi przyjaciółmi
Maćkiem i Elizą naprzeciwko siebie. Pociąg ruszył a po dosłownie paru minutach
podeszła do nas obsługa pociągu z propozycją bezpłatnego poczęstunku. Do wyboru
była kawa, herbata, sok lub woda mineralna. Cała nasza czwórka jednomyślnie
zdecydowała się na kawę. Do kawy wyciągnęliśmy nasze śniadanie przygotowane
przez hotelowe kucharki. Po śniadaniu mąż wydobył z plecaka coś słodkiego.
Herbatniki Deserowe z cukrem od Dr Gerarda to nasze ulubione ciasteczka na
podróż. Mąż postawił je na stoliczku usytuowanym pomiędzy nami a naszymi
przyjaciółmi i zaproponował by się częstowali. Eliza w ramach rewanżu również wyciągnęła
ze swego plecaczka coś pysznego. Były to najsmaczniejsze krakersy cebulowe od
preferowanego również przez nas Dr Gerarda. Podróż mijała nam bardzo szybko.
Trudno stwierdzić, czy to z powodu szybkiej jazdy, czy też dlatego, że cały
czas rozmawialiśmy na różne interesujące nas tematy. Nawet nie zauważyłam kiedy
minęliśmy Iławę. Zanim się rozgościłam
dojechaliśmy do Gdańska i trzeba było szykować się do opuszczenia pociągu. Wysiedliśmy
w Sopocie, który był celem naszej wyprawy, a w szczególności molo, jako główna
tutejsza atrakcja. Na zwiedzanie mieliśmy zaledwie trzy godziny. Musieliśmy się
spieszyć a okazało się że każdy ma inne
priorytety i potrzeby. Mój mąż i ja chcieliśmy od razu iść na molo ale
niektórzy woleli wstąpić na hamburgera do sieciowego fast foods. Zgodziliśmy
się pod warunkiem, że zatrzymamy się przy straganie z pamiątkami. Zależało mi,
aby kupić pamiątkowy magnesik na lodówkę. W taki sposób, chcąc nie chcąc doszliśmy
do mola. Tutaj już całkiem zgodnie, bez żadnego sprzeciwu cała nasza siódemka zapragnęła
zrobić wspólne pamiątkowe zdjęcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz