poniedziałek, 16 lutego 2015

Wycieczka ze słodkościami



Następnego dnia wczesnym rankiem spotkaliśmy się całą grupą w umówionym miejscu na hotelowym hollu przy recepcji. Miało nas jechać ośmioro ale jedna osoba wykruszyła się z przyczyn niezależnych od niej. Na drogę dostaliśmy prowiant i wyruszyliśmy. W początkowym etapie podróży jechaliśmy autobusem komunikacji miejskiej. Po przyjeździe na Dworzec Wschodni mieliśmy jakieś pół godziny na przesiadkę. Wykorzystaliśmy z mężem ten czas na zakupy w sklepie spożywczym. Uzupełniliśmy nasz prowiant w znakomite wyroby cukiernicze od Dr Gerarda. Tego ranka miałam chęć na najlepsze herbatniki z bogatego asortymentu od wspomnianego producenta. Po przyjściu na peron nie czekaliśmy zbyt długo na nasz pociąg. Kiedy wsiedliśmy było początkowo trochę zamieszania ze znalezieniem właściwych miejsc. Nasz kolega Maciek pomylił bilety, odczytując numerki miejscówek z biletów powrotnych. Przez chwilę myśleliśmy, że na nasze miejsca ktoś jeszcze ma wykupione miejscówki. Na szczęście spór szybko został zażegnany, bo po chwili odkryto zaistniałą pomyłkę. Gdy w końcu odnaleźliśmy nasze miejsca okazało się, że miłym trafem są one poczwórne, zatem mogliśmy siedzieć z naszymi przyjaciółmi Maćkiem i Elizą naprzeciwko siebie. Pociąg ruszył a po dosłownie paru minutach podeszła do nas obsługa pociągu z propozycją bezpłatnego poczęstunku. Do wyboru była kawa, herbata, sok lub woda mineralna. Cała nasza czwórka jednomyślnie zdecydowała się na kawę. Do kawy wyciągnęliśmy nasze śniadanie przygotowane przez hotelowe kucharki. Po śniadaniu mąż wydobył z plecaka coś słodkiego. Herbatniki Deserowe z cukrem od Dr Gerarda to nasze ulubione ciasteczka na podróż. Mąż postawił je na stoliczku usytuowanym pomiędzy nami a naszymi przyjaciółmi i zaproponował by się częstowali. Eliza w ramach rewanżu również wyciągnęła ze swego plecaczka coś pysznego. Były to najsmaczniejsze krakersy cebulowe od preferowanego również przez nas Dr Gerarda. Podróż mijała nam bardzo szybko. Trudno stwierdzić, czy to z powodu szybkiej jazdy, czy też dlatego, że cały czas rozmawialiśmy na różne interesujące nas tematy. Nawet nie zauważyłam kiedy minęliśmy Iławę.  Zanim się rozgościłam dojechaliśmy do Gdańska i trzeba było szykować się do opuszczenia pociągu. Wysiedliśmy w Sopocie, który był celem naszej wyprawy, a w szczególności molo, jako główna tutejsza atrakcja. Na zwiedzanie mieliśmy zaledwie trzy godziny. Musieliśmy się spieszyć a okazało się że każdy ma  inne priorytety i potrzeby. Mój mąż i ja chcieliśmy od razu iść na molo ale niektórzy woleli wstąpić na hamburgera do sieciowego fast foods. Zgodziliśmy się pod warunkiem, że zatrzymamy się przy straganie z pamiątkami. Zależało mi, aby kupić pamiątkowy magnesik na lodówkę. W taki sposób, chcąc nie chcąc doszliśmy do mola. Tutaj już całkiem zgodnie, bez żadnego sprzeciwu cała nasza siódemka zapragnęła zrobić wspólne pamiątkowe zdjęcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz