wtorek, 3 lutego 2015

Kolejny dzień zimy



Dzisiejszy dzień, jak to zwykle bywa zaczął się zupełnie banalnie. Razem z mężem wypiliśmy obowiązkową poranną kawę i zjedliśmy śniadanie. Przy śniadaniu okazało się, że po weekendzie lodówka świeci pustkami. Znów trzeba będzie wybrać się na zakupy , ale to dopiero po obiedzie. Przedtem mieliśmy do załatwienia jeszcze parę spraw, którymi obarczyłam mojego męża. Sama natomiast zabrałam się za gotowanie obiadu. Dzisiejsze menu obiadowe to barszcz czerwony i to wcale nie z torebki, tylko z prawdziwych buraków. Na drugie: pierś z kurczaka z pieczarkami, ryżem i surówką z kapusty pekińskiej. Przygotowując obiad przewertowałam gazetki promocyjne z pobliskiego dyskontu, odebrałam pocztę od listonosza i czas zleciał. W końcu mąż wrócił głodny jak wilk i mogliśmy zjeść obiad. Po obiedzie obowiązkowo coś słodkiego. Tradycyjnie jeśli słodycze to tylko wyroby Dr Gerarda. Tym razem z szafeczki wyszperałam najlepszą kostkę waflową do kawy z mlekiem. Mąż zajął się parzeniem kawy a ja wyłożyłam naszą ulubioną Pryncykostkę z woreczka na talerzyk. Wykładając nie mogłam się opanować i szybciutko włożyłam jeden wafelek do ust. Mniam!  Za każdym razem jak jem te pyszności zawsze zachwycam się ich smakiem. Tak było i tym razem - kruchutkie mini wafelki przełożone kremem kakaowym oblane czekoladą – po prostu wyśmienite. Coś małego a cieszy. Od razu poprawił mi się humor. Zaczęliśmy szykować się do wyjścia. Wyjrzałam przez okno. Słoneczna pogoda zachęcała do spaceru. Zresztą nie mieliśmy innej możliwości, musieliśmy spalić te kalorie pochłonięte podczas obiadu, a przy okazji zrobić zakupy. Na zewnątrz było całkiem ciepło jak na tę porę roku. W końcu mamy luty, a po zimie ani śladu. Jak dla mnie to nawet dobrze bo osobiście nie przepadam za zimą. Przeszliśmy się spacerkiem do sklepu, gdzie zazwyczaj z mężem robimy zakupy. Wiemy wszystko już na pamięć co i gdzie leży. Wyciągnęłam z kieszeni listę zakupów aby niczego nie zapomnieć. Na początku sklepu mamy regały z owocami i warzywami – tutaj skusiliśmy się na promocyjne grejpfruty i poszliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy makaronach, bo akurat tego produktu zabrakło w domu. Idąc dalej wrzuciłam do koszyka na zakupy chleb. Za serem i wędliną musieliśmy odstać w kolejce. W części sklepu z chłodziarkami zaopatrzyliśmy się w jogurty, śmietanę i mleko. Nie ominęliśmy regałów ze słodyczami. Z pośród wielu innych znalazłam wyroby cukiernicze Dr Gerarda. Po krótkiej naradzie z mężem zdecydowaliśmy się na najsmaczniejsze markizy o nazwie Mafijne Black oraz Mafijne Śmietankowo-Cytrynowe. Po drodze do kasy wzięliśmy jeszcze wodę mineralną i sok pomarańczowy. I takim oto sposobem mijał nam kolejny dzień zimy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz