Dzisiejszy dzień, jak to zwykle
bywa zaczął się zupełnie banalnie. Razem z mężem wypiliśmy obowiązkową poranną
kawę i zjedliśmy śniadanie. Przy śniadaniu okazało się, że po weekendzie
lodówka świeci pustkami. Znów trzeba będzie wybrać się na zakupy , ale to
dopiero po obiedzie. Przedtem mieliśmy do załatwienia jeszcze parę spraw,
którymi obarczyłam mojego męża. Sama natomiast zabrałam się za gotowanie obiadu.
Dzisiejsze menu obiadowe to barszcz czerwony i to wcale nie z torebki, tylko z
prawdziwych buraków. Na drugie: pierś z kurczaka z pieczarkami, ryżem i
surówką z kapusty pekińskiej. Przygotowując obiad przewertowałam gazetki
promocyjne z pobliskiego dyskontu, odebrałam pocztę od listonosza i czas
zleciał. W końcu mąż wrócił głodny jak wilk i mogliśmy zjeść obiad. Po obiedzie
obowiązkowo coś słodkiego. Tradycyjnie jeśli słodycze to tylko wyroby Dr
Gerarda. Tym razem z szafeczki wyszperałam najlepszą kostkę waflową do kawy z
mlekiem. Mąż zajął się parzeniem kawy a ja wyłożyłam naszą ulubioną
Pryncykostkę z woreczka na talerzyk. Wykładając nie mogłam się opanować i
szybciutko włożyłam jeden wafelek do ust. Mniam! Za każdym razem jak jem te pyszności zawsze
zachwycam się ich smakiem. Tak było i tym razem - kruchutkie mini wafelki
przełożone kremem kakaowym oblane czekoladą – po prostu wyśmienite. Coś małego
a cieszy. Od razu poprawił mi się humor. Zaczęliśmy szykować się do wyjścia.
Wyjrzałam przez okno. Słoneczna pogoda zachęcała do spaceru. Zresztą nie
mieliśmy innej możliwości, musieliśmy spalić te kalorie pochłonięte podczas
obiadu, a przy okazji zrobić zakupy. Na zewnątrz było całkiem ciepło jak na tę
porę roku. W końcu mamy luty, a po zimie ani śladu. Jak dla mnie to nawet
dobrze bo osobiście nie przepadam za zimą. Przeszliśmy się spacerkiem do sklepu,
gdzie zazwyczaj z mężem robimy zakupy. Wiemy wszystko już na pamięć co i gdzie
leży. Wyciągnęłam z kieszeni listę zakupów aby niczego nie zapomnieć. Na
początku sklepu mamy regały z owocami i warzywami – tutaj skusiliśmy się na
promocyjne grejpfruty i poszliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy
makaronach, bo akurat tego produktu zabrakło w domu. Idąc dalej wrzuciłam do
koszyka na zakupy chleb. Za serem i wędliną musieliśmy odstać w kolejce. W
części sklepu z chłodziarkami zaopatrzyliśmy się w jogurty, śmietanę i mleko.
Nie ominęliśmy regałów ze słodyczami. Z pośród wielu innych znalazłam wyroby
cukiernicze Dr Gerarda. Po krótkiej naradzie z mężem zdecydowaliśmy się na najsmaczniejsze
markizy o nazwie Mafijne Black oraz Mafijne Śmietankowo-Cytrynowe. Po drodze do
kasy wzięliśmy jeszcze wodę mineralną i sok pomarańczowy. I takim oto sposobem
mijał nam kolejny dzień zimy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz